Cudowna Kobieto,

Tak oto, po ponad dwudziestu dniach, dobiłyśmy do końca pierwszej edycji projektu 24h Kobiecości.

Przed Tobą ostatni materiał przygotowany przez jedną z wybranych przeze mnie Współautorek.

Ufam, że każda z Was wyniosła dla siebie z tego projektu to, czego najbardziej potrzebowała, lub odkryła nowe potrzeby, które będzie chciała od teraz zaspakajać.

Czy mówimy o większej ekspresji artystycznej, zgłębianiu swojej seksualności, czy o odnalezieniu swojego Kobiecego Kręgu – wierzę, że przygotowany przeze mnie projekt był Wam pomocny.

Zakończymy esejem napisanym przez Anetkę. Tą samą, która napisała nasz List Otwierający.

Zatytułowany jest “Nauczycielki Kobiecości” i myślę, że to idealny tytuł określający nasze Współautorki.

Jednak, jak za chwilę odkryjesz, naszymi nauczycielkami kobiecości (jak i wszystkiego innego w życiu) nie są jedynie kobiety “wyszkolone” czy “wykwalifikowane” w tym kierunku.
Mogą nimi być wszystkie osoby, którym na to pozwolimy i w których dojrzymy kawałek siebie oraz tego, kim i jakie chcemy być.

Zachęcam Cię gorąco do lektury i refleksji oraz do tego, żebyś poszukała własnych nauczycielek kobiecości.

 

Nauczycielki Kobiecości

Kiedy się urodziła, na jej twarzy widać było tylko dwie czarne kreski, a położna krzyknęła z zachwytem: „Kto temu dziecku zrobił hennę”. A potem malutka zaczęła płakać. Pięknie, brzmiało to mniej więcej tak: la la la la. Dziś ma długie, rude, kręcone włosy, studiuje weterynarię, tańczy na rurce i twierdzi, że jest najbardziej odpowiedzialną osobą w domu. Pewnie mści się za to, że całą ciążę puszczałam jej muzykę poważną oraz Pink Floyd, The Doors i Marillion a potem – hodowałam z podręcznikami w ręce. Chciałam ja wyedukować, nie tylko muzycznie …

Kiedy się urodziła, była największym noworodkiem na oddziale. Dużo płakała, ale – chociaż nie chcieli mi jej przynosić na salę, bo obie chorowałyśmy – zawsze rozpoznawałam jej głos i wkradałam się do sali noworodków. Odwiedziłyśmy razem wiele szpitali, przeżyłyśmy chwile grozy. Dziś jest smukłą blondynką, w tym roku zdaje maturę, pisze świetne opowiadania, walczy z nietolerancją i ma genialny gust muzyczny. O rany, jak ja nienawidziłam disco polo, ale tylko przy nim uspokajała się, gdy nosiłam ją w łonie. I jeszcze wtedy, gdy opowiadałam jej bajki…

Córki. Nauczyły mnie delikatności i wrażliwości, a potem – stawiania granic. Genialnie stawiały granice. Długo uczyłam się je słuchać. Długo uczyłam się do nich mówić. Coraz lepiej je słyszę. One mnie też.

Kiedy się urodziła, weszłam za zasłonę i wszyscy długo mnie szukali. Dziewięcioletnia jedynaczka bała się, że mała siostrzyczka zdetronizuje ją i ostatecznie pozbawi uwagi rodziców. Nieźle rozrabiała. Takie dostała zadanie od systemu rodzinnego. Wciąż na coś wpadała, przewracała się i obtłukiwała. Kiedy rodziła syna, a trwało to 27 godzin, usiłowałam się włamać na oddział położniczy, bo czułam, że jest jej źle. A ona urwała wajchę od łóżka, ugryzła położną i kopnęła ginekologa (albo na odwrót). Kłóciłyśmy się, nie mogłyśmy na siebie patrzeć, rozstawałyśmy się i godziłyśmy. Po latach biegła do mnie w nocy przez osiedle z telefonem przy uchu, żeby nie zostawić mnie ani na chwilę samej, bo było mi bardzo źle…

Kiedy się urodziła, postanowiłam zostać mamą. Bardzo młodą, bo jedenastoletnią. Nosiłam ją, tuliłam, śpiewałam jej. Brałam ją czasem do szkoły – do dziś nie wiem, jak to się stało, że nauczyciele wyrażali na to zgodę – sadzałam w ostatniej ławce, a ona rysowała. Bardzo nie lubiła się mną dzielić. Kiedy byłam z nią na spacerze i spotykałam jakiegoś kolegę, po kilku minutach ciągnęła mnie za spódniczkę i mówiła: „Mamusiu, chodźmy już do domu”. Odstraszała potencjalnych kandydatów. Dzielna i waleczna, potrafiła zagryźć zęby i walczyć o tych i o to, co kochała. Nadal to potrafi. Po latach, kiedy ja się poddałam, powiedziała do mnie: „Tyle lat byłaś dla mnie jak matka, teraz moja kolej Ci pomatkować”. I matkowała…

Siostry. Nauczyły mnie tego, jak się dzielić. I tego, by nie oddawać wszystkiego, bo wtedy zostaje się
z pustymi rękami i pustym sercem. Pomogły mi zrozumieć, że chociaż są rzeczy, które mogą wydarzyć się tylko w samotności, nikt z nas nie jest samotną wyspą. Chyba, że tak zdecyduje.

Była twarda. Bardzo twarda. W pewnym sensie nawet okrutna. Kobieta z końca XIX w., której mąż umarł gdy miała 33 lata, trójkę dzieci i pole do obrobienia, nie mogła być inna. Żyła 97 lat, do końca sprawna, komentując za pomocą nieparlamentarnych słów politykę i polityków. Podarowała mi wolę przetrwania, ogień walki, niezależność, wolność i kontakt z naturą: zwierzęta, smak rabarbaru wyrywanego z ogródka i czarnych porzeczek prosto z krzaka, zapach siana, turkot wozu i cudownie drażniący dotyk ścierniska na bosych stopach.

Była twarda. Bardzo twarda. W pewnym sensie nawet okrutna. Kobieta z pierwszej połowy XX. wieku, której mąż stosował przemoc, a potem zostawił ją dla innej kobiety, samą z czwórką dzieci, musiała taka być. Robiła niezwykłe firanki i serwetki na szydełku. Ludzie przyjeżdżali po nie z bardzo daleka. Wiele lat chorowała i stopniowo izolowała się od świata. Nikt nie potrafił jej pomóc, wtedy nie mówiło się jeszcze o chorobach duszy. Podarowała mi szydełko i druty do robótek, dzięki którym zarobiłam pierwsze pieniądze. Dała mi też to nieuchwytne coś, co jest w każdej kobiecie. Coś, co dzisiaj nazywa się kreatywnością, ale tak naprawdę chodzi o twórczą esencję kobiecości. I jeszcze wodę. Szum morza, piękno muszli i kamieni.

Była twarda. Bardzo twarda. W pewnym sensie nawet okrutna. Kobieta z pierwszej połowy XX. wieku, która popełniła błąd i urodziła nieślubne dziecko, musiała być taka. Słabo ją znałam i długo szukałam daru, jaki od niej dostałam, ale w końcu go znalazłam. Podarowała mi wiarę w to, że nawet po zrobieniu wielkiego – w oczach świata – błędu, można odnaleźć szansę na dobre i spokojne życie.

Była delikatna. Bardzo delikatna. Tak delikatna, że nie potrafiła odnaleźć się w tej rzeczywistości. Uciekała w marzenia o doskonałym świecie, księżniczce i rycerzu. Tak delikatna, że broniła się przed najlżejszym dotykiem. Podarowała mi delikatność i Sen o Mężczyźnie.

Przodkinie. Droga do nich była trudna. Bardzo trudna. Długo trwało zanim oddzieliłam ziarna od plew, zanim je uwolniłam, a przede wszystkim: zanim uwolniłam siebie od wielopokoleniowych traum. Zanim przyjęłam dary, które dla mnie miały. Dzięki nim jestem tą, którą jestem.

Kiedyś mnie skrzywdziła. Bardzo. Długo za to przepraszała. Nikt nie kochał mnie tak bezwarunkowo jak ona. Nauczyła mnie egoizmu. Mam nadzieję, że pozytywnego.

Spotkałyśmy się na długim szkoleniu. Tętniła uczuciami i ogłaszała wszem i wobec, że życie to szwedzki stół i należy z niego brać garściami. Rzucała się z otwartością w wyciągnięte zewsząd ramiona. Nauczyła mnie zaufania do ludzi i tego, że można razem się śmiać i razem płakać.

Przyszła do mnie, kiedy byłam w bardzo kiepskim stanie. Popatrzyła, westchnęła, wzięła mopa i umyła podłogę. Dzięki niej zrozumiałam, że rzeczy czasami są rzeczywiście takie proste, jak się wydaje.

Kiedy ją poznałam, była małą, przestraszoną dziewczynką. Została żoną mojego przyjaciela. Nie mam zielonego pojęcia, czemu mi zaufała, ale udowodniła mi, że można przyjaźnić się bezpiecznie zarówno z mężczyzną, jak i jego żoną. Dziś jest piękną, pełną życia i energii, sensualną i seksualną kobietą.

Nie wiem, czy spotkałyśmy się przypadkiem. Nie wierzę w przypadki. Razem podróżowałyśmy i podróżujemy w rejony, gdzie przestają obowiązywać materialne prawa. Pomogła mi odkryć własną magię.

Zobaczyłam ją w lekkim półśnie, jakby nieobecną, płynęła. Zaufałam jej niemal natychmiast. To przy niej narodziło się moje otwarcie na zaufanie własnej kobiecości w relacji z mężczyzną.

Pojawiła się nagle i coś zaskoczyło. Z czułością, delikatnością i nadzwyczajną uważnością szeptała do moich największych lęków, a zarazem śmiała się z mojej wielkiej złości. Otworzyła mnie na bycie dobrą dla siebie.

Przyjaciółki. Nie byłabym w stanie wymienić wszystkich. Zwłaszcza, że nie nadużywam tego słowa. Leczyły moje rany, a właściwie leczyłyśmy swoje rany wzajemnie. Niektóre z nich są nadal w moim życiu. Inne odeszły, albo ja odeszłam. To największy Dar Przyjaźni: odejść albo pozwolić odejść, gdy coś się kończy.

Drobna blondynka, potrafiąca śmiać się, płakać i mówić: nie wiem, nie umiem, nie potrafię. Prawdziwa. Chyba trochę się mnie bała, ale towarzyszyła mi najlepiej jak potrafiła.

Pełna gracji długonoga, dojrzała kobieta. Święta Ladacznica. Cierpliwie trwała przy mnie, gdy uciekałam na miliony sposobów.

Kobieta bez wieku. Wojowniczka, strażniczka i uzdrowicielka. Niedźwiedzica o gołębim sercu. Ona pierwsza powiedziała do mnie: możesz już odpocząć. Zaufałam jej.

Matka Ziemia. Czarnowłosa, dojrzała piękność. Dumna z bycia matką, babką, żoną, kochanką, pełna pasji, spełniona zawodowo i prywatnie kobieta z misją, deklarująca: ja tu robię za sadystkę i nie obawiająca się być przewodniczką w najtrudniejszych obszarach bólu.

Twardzielka i fajterka o żelaznych granicach, z niezwykłą determinacją pokonująca swoje ograniczenia.

Urocza, drobna starsza pani, pozornie krucha, o sile Giganta i wrażliwości małego dziecka. Doskonale niedoskonała. Kiedyś jej powiedziałam, że gdy dorosnę, chcę być taka jak ona.

Nauczycielki i Towarzyszki Podróży. Moje Lustra, w których przeglądałam się i odnajdywałam kolejne, piękne, nie zdeformowane kawałki siebie.

Ta, która tak dzielnie walczyła z dwugłowym smokiem i odzyskiwała na moich oczach swoją Moc.

Ta, która wyszła z sytuacji bez wyjścia.

Ta, która wyszła z mojego gabinetu z małą dziewczynką za rączkę.

Ta, która przez dziesiątki lat toczyła walkę ze śmiercią, codziennie podejmując decyzję: jeszcze jeden dzień.

Ta, która podarowała mi żywe radio, w którym toczą się różne historie i żyją zwierzęta.

Ta, która na moich oczach – w bardzo dojrzałym wieku – rozkwitała i budowała swoją pierwszą, głęboką relację
z mężczyzną.

Ta, która przyniosła na nasze spotkanie motyla i razem z nich wyjechała na pielgrzymkę w poszukiwaniu siebie.

Ta, która transformowała w dojrzałą, szczęśliwą, pełną Mocy Artystkę.

Mogłabym wymieniać bez końca. Niezwykłe, fascynujące, piękne Kobiety. Klientki, którym towarzyszę
w Podróży do samej siebie. Które uczą mnie pokory. Które obdarzają mnie tak bardzo, że czasem zastanawiam się, czy powinnam brać za swoją pracę pieniądze.

 

Ten tekst jest dla mnie bardzo osobisty. Napisanie go było łatwe. Słowa same płynęły. Zagłuszały nawet głos Wewnętrznego Krytyka, który próbował powiedzieć coś o tym, co nie wypada terapeutce,
o egzaltacji, wstydzie i lęku. Znacznie trudniejsze będzie kliknięcie w „wyślij” na skrzynce pocztowej, równoznaczne z decyzją, że pojawi się on publicznie. Ale do tego przecież właśnie namawiam kobiety, którym towarzyszę w ich Podróżach: do bycia sobą, Pełną sobą, do odwagi pokazania się światu w całej swojej delikatności i całej swojej sile, w całej swojej Mocy. Będę więc uczciwa i sama zrobię to samo.

 

Kobieto!

Jeśli czytasz te słowa, chcę Ci powiedzieć,
że jest w Tobie kawałek mnie, tak jak we mnie jest kawałek Ciebie.
Cieszę się, że Jesteś. I cieszę się, że jesteś Taka, Jaka Jesteś.
I – bez względu na to, na którym etapie swojej Drogi teraz jesteś – nie jesteś sama
I masz w sobie Moc.

 

Z radością przeczytamy z Anetą Twoje refleksje.

Jakie kobiety były Twoimi Lustrami i Nauczycielkami?
Masz jakieś konkretne wspomnienia, które

Powiedz nam o tym zostawiając komentarz.

Głos każdej z nas ma potężną moc uzdrawiania, a dzięki szczerości i otwartości możemy spotkać się w bliższych i bardziej wartościowych relacjach. Opis Twoich doświadczeń i przemyśleń może pomóc drugiej kobiecie poradzić sobie z poczuciem osamotnienia czy braku zrozumienia. Obdarowujmy się wzajemnie wsparciem i akceptacją.

Dziękuję za Twoją obecność w trakcie tego projektu,
Magda

Aneta Boryczko,24hkobiecosci.pl

Aneta Boryczko – terapeutka, trenerka rozwoju osobistego oraz umiejętności interpersonalnych i doradca rodzinnym. Przede wszystkim jednak, Towarzyszka Podróży.

Towarzyszenie innym w gojeniu ran z przeszłości, czasem bardzo dalekiej, w odszukiwaniu zagubionych kawałków siebie i składaniu ich w niepodzielną Całość, jest jej pasją i misją. Podobnie jak przecieranie szlaków między Człowiekiem a Człowiekiem: córką i matką, córką i ojcem, synem i matką, synem i ojcem, kobietą i mężczyzną.

Prywatnie przeciera szlaki pomiędzy sobą a dorosłymi już niemal córkami, mężczyzną i kolejnymi cudownymi ludźmi, którzy pojawiają się na jej drodze. Pisze wiersze, teksty piosenek i opowieści terapeutyczne dla dzieci i dorosłych.